Szłam ciemną uliczką, rozglądając się za jakimkolwiek znakiem życia. Nie wiem, czemu wybrałam ta drogę. Przy zdrowych zmysłach nigdy bym tam nie szła. Szczerze mówiąc, to nikt by tam nie zachodził. Była to dzielnica biedy, przestępstw i śmierci.
Gdy pisano w gazetach o tajemniczych morderstwach, to zdarzały się one na pewno w tamtej okolicy.
Podskoczyłam z przestrachem, gdy obok mnie coś przebiegło. Zatrzymało się kilka kroków za mną. Obróciłam się i zobaczyłam kota. z całą pewnością nie był miłym, puszystym kanapowcem. Był strasznie wychudzony, futro miał posklejane jakaś bliżej nieokreśloną substancją, a oczy świeciły mu złowieszczo. Popatrzył na mnie spode łba i pobiegł przed siebie, na końcu uliczki wskakując do śmietnika.
Biedne zwierzę - pomyślałam.
Wyszłam zza zakrętu i skręciłam w kolejna nieoświetloną uliczkę. Zastanawiające było to, że poruszałam się tu swobodnie, jakbym była tu co najmniej setny raz, a nie drugi.
Uśmiechnęłam się, gdy w kolejnym zaułku zobaczyłam kogoś znajomego. Poprawka: kogoś żywego. Stał tam Jacob. Nie znałam go osobiście, ale często widywałam go w szkole. Chodził chyba do 3c.
Chłopak odsunął się lekko na bok i zobaczyłam kogoś innego. Na ziemi, obok kontenerów ze śmieciami siedział bezdomny. Przyciskał do piersi psa. Dałabym głowę, że zwierzak od dawna już nie żył, ale jego właściciel chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Jake zdjął plecak i wyciągnął z niego kanapkę zawiniętą w sreberko. Podał ją bezdomnemu i uśmiechnął się.
Odwrócił się i ruszył przed siebie, penetrując następną uliczkę. Poszedł kilka metrów i przyspieszając kroku, skręcił w pierwszy możliwy zaułek. Nie wiem czemu, ale poczułam wewnętrzną potrzebę, aby za nim pójść.
Nie chcąc go zgubić, podbiegłam do miejsca, gdzie chłopak skręcił w prawo i zrobiłam to samo. Gdy tylko skręciłam, stanęłam jak wryta. Uliczka miała zaledwie 2 metry długości i kończyła się murem wysokim na 4 metry. Co dziwniejsze, Jake'a tam nie było! Przecież nie spuszczałam go z oka! A on? Jakby rozpłynął się w powietrzu.
Odwróciłam się więc, nie mając zamiaru bawić się w chowanego. Nagle przede mną, jakby spod ziemi wyrósł Jacob. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. Jak on to zrobił? Przecież nie można tak sobie po prostu znikać i pojawiać się, gdzie się chce! Nie chodzi o to, że nie można. Tak nawet się nie da!
-Czemu mnie śledziłaś? - zapytał chłopak, a ja dopiero wtedy zauważyłam, że nie jest pozytywnie nastawiony. Z jego oczu bił gniew, jakbym właśnie zabiła mu rodzinę, a on chciał się zemścić.
-Ja... Ja nie wiem... - mimowolnie zaczęłam się cofać, jakby jego wzrok mógł mi zrobić krzywdę. -Po prostu... myślałam, że jesteś fajny... to było miłe, co zrobiłeś temu bezdomnemu.
Złość w jego oczach na chwilę ustąpiła zdziwieniu. Przez chwilę zastanawiał się, co mam na myśli.
-Co? O czym ty mówisz?
-Oddałeś bezdomnemu swoją kanapkę. To było miłe.
Zmarszczył brwi. Albo udawał głupka, albo naprawdę nie wiedział, o co mi chodzi. Stawiałam raczej na to drugie. Nie wyglądał na takiego, co to lubi żarty.
-Ludzie widzą to, co chcą zobaczyć, złotko... - nie spodobał mi sposób, w jaki mówił do mnie, ani czemu powiedział "złotko".
-Co masz na myśli? - przerażał mnie. Był dziwny.
-To, że nie widziałaś tego, co stało się naprawdę. Widziałaś to, co chciałaś zobaczyć. A teraz idź zobaczyć co stało się naprawdę. Facet leży tam, gdzie leżał i raczej długo się stamtąd nie ruszy. - zaśmiał się chłodno i odsunął się na bok, abym mogła przejść.
Nie chciałam tam iść, bo wiedziałam, że będzie tam coś strasznego. Chciałam zostać tam, gdzie byłam, ale poczułam przymus, aby się ruszyć. Jake patrzył mi prosto w oczy i uśmiechał się półgębkiem.
Ruszyłam w tamta stronę. Gdy tylko zobaczyłam to, co zobaczyć miałam, wydałam okrzyk ze strachu. Na ziemi leżał ten sam mężczyzna, którego widziałam wcześniej. Jedyną różnicą było to, że tamten jeszcze żył... Ten, na którego wtedy patrzyłam był szczęśliwy i miał psa. Martwy nie miał nic oprócz kurtki i koca, a na szczęśliwego raczej nie wyglądał.
Miał otwarte usta, a szczęśliwe niegdyś oczy patrzyły na pochmurne niebo. Z rany na szyi, powiększając czerwona plamę na betonie, sączyła się krew.
Czy to chciał mi pokazać Jake? Chciał się pochwalić, że go zabił? Boże, przecież on miał dopiero 15 lat! Odwróciłam się, już gotowa do ucieczki, ale moje nogi zaprowadziły mnie z powrotem do zaułka, w którym czekał na mnie chłopak.
Wydawał się mną sterować. Zaprowadził mnie za sobą, do zmarłego mężczyzny, a teraz z powrotem do siebie. "Postawił" mnie jakieś pół metra od siebie, ale ja cofnęłam się aż pod ścianę, nie chcąc za bardzo zbliżać się do mordercy. Niestety ów morderca przysunął się do mnie jeszcze bardziej, zmniejszając dystans między nami do 30 cm. Wtedy zrozumiałam, że wycofanie się pod ścianę, nie było dobrym pomysłem.
-Słuchaj, powiedziałem ci to, bo wyglądasz na kogoś, kto jest tak strachliwy, że nie puści pary. - zabolała mnie ta uwaga. -Ale jeżeli dowie się o tym ktoś, kto nie powinien -mówię tu zwłaszcza o glinach- to nie ręczę za siebie. Jestem bardzo porywczy. Jednak wiedz, że jeżeli ja ci nic nie zrobię, to załatwi to za mnie mój przyjaciel. - w tamtym momencie szybkim ruchem reki wyjął z kieszeni nóż z białą rączką, która strukturą przypominała kość. Ludzką kość.
-Przyjaźnisz się z nożem? - zapytałam bez namysłu i od razu tego pożałowałam. Chłopak przyskoczył do mnie i przyłożył mi nóż do szyi.
Więc tak to jest spotkać się ze śmiercią - przemknęło mi przez myśl.
-Śmiesz mnie kwestionować!? Chcesz się dowiedzieć, co to jest gniew mordercy? Chcesz!?
-Nie, nie chcę... Proszę cię, Jake, nie rób mi krzywdy... - mimo, że chciałam zachować spokój, po moim policzku spłynęła łza. Chłopak złagodniał.
Odjął nóż od mojej szyi, a ja wypuściłam powietrze, które wstrzymywałam od dłuższego czasu. Jake wyjął z kieszeni chusteczki i z delikatnym uśmiechem podał mi jedną.
-To jest jedna z moich niewielu wad... - zaśmiał się. - Nie potrafię skrzywdzić dziewczyny.
Zbliżył się do mnie tak, że dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Wyciągnął rękę w moja stronę i powiódł palcem po mojej kości policzkowej, następnie po szyi, obojczyku, ramieniu, a gdy doszedł do nadgarstka, zacisnął na nim swoje palce. Jego dotyk był uspokajający, a zarazem mnie przerażał. W końcu był mordercą, tak? Cóż, trzeba przyznać, że jak na mordercę, był wyjątkowo delikatny.
Dopiero wtedy zauważyłam, że oprócz delikatności cechował go również dość interesujący wygląd. Powiedziałabym nawet, że jest przystojny.
Był dość wysportowany i umięśniony, co było widać pod czarną koszulką. Miał ładną, oliwkową cerę, szmaragdowe oczy i średnio krótkie piaskowe włosy. Na jego twarzy gościł uśmiech, który zdecydowanie nie należał do mordercy. Jake był zwykłym, 15-letnim chłopakiem. Nie mógłby zrobić czegoś takiego.
Tak bardzo chciałam, aby to była prawda.
~***~
Przemyślenia po opowiadaniu: skoro oliwki są czarne/zielone, to czemu beżowo-kremową cerę nazywa się oliwkową? :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz